Oceans (Where Feet May Fail)
niedziela, 7 kwietnia 2013
godzina 11:35:00
godzina 11:35:00
Już PO!
wtorek, 19 marca 2013
godzina 10:33:00
godzina 10:33:00
Ale było świetnie! Emensis w nowym składzie, z nowym (i nie tylko) repertuarem, nowymi siłami i energią powróciło do grania! Nowe miejsca, nowo poznani ludzie, bardzo dużo pozytywnych informacji zwrotnych dla nas jako zespołu, zainteresowanie naszą płytą i dalszą twórczością. Piękny powrót po trzyletniej ciszy :) Śląsk okazał się bardzo bardzo wdzięczną publicznością. Ten czas dodał nam skrzydeł, ciekawe co wydarzy się w nadchodzących miesiącach... :) Na FB wrzucimy niedługo zdjęcia, a nawet pojawi się video! :) Śledźcie nas na www.facebook.com/emensis.emensis
A tutaj urywek z tego, co działo się "po drodze". ;)
EMENSIS – REAKTYWACJA!
wtorek, 26 lutego 2013
godzina 19:38:00
godzina 19:38:00
Otóż... Po dłuuugiej przerwie ruszamy na nowo z muzyczną działalnością Emensis! Szykujemy kilka koncertów, tym razem na Śląsku :)
Możecie już sobie zaklepać dwa terminy:
15 marca (piątek), godzina 19.00, Wodzisław Śląski, Kościół Filadelfia – kawiarnia,
17 marca (niedziela), godzina 18.00, Chrzanów, klub Stara Kotłowna.
Niebawem powinny pojawić się tu także szczegóły dotyczące następnych koncertów.
Piosenki z Bethel Church
wtorek, 16 października 2012
godzina 21:27:00
godzina 21:27:00
"I surrender"
sobota, 15 września 2012
godzina 14:28:00
godzina 14:28:00
Najnowsza płyta Hillsong Live - Cornerstone zawiera całkiem sporo perełek. Na prośbę przyjaciół z Krakowa zaczęłyśmy od "I surrender" i ...oto jest. Nasza wersja tłumaczenia tego rewelacyjnego kawałka już po polsku - do znalezienia i ściągnięcia tutaj:TŁUMACZENIA EMENSIS. Na razie udostępniamy sam tekst, ale jeśli ktoś z Was miałby sprawdzone akordy - niech się podzieli, to je dodamy! Enjoy. :)
"TWOJA MIŁOŚĆ TRWA"
czwartek, 26 lipca 2012
godzina 13:14:00
godzina 13:14:00
Do repertuaru piosenek tłumaczonych przez nas dodałyśmy
niedawno "One Thing Remains" w wersji Bethel Church. Oryginału
możecie posłuchać, jak klikniecie tu, a tekst
polski znajdziecie w naszym dziale tłumaczeń. Tą piosenką zajęłyśmy się
na prośbę zespołu Zdobywcy, który chciał ją grać na tegorocznych konferencjach
Duszpasterstwa Młodzieży. Szkoda, że nie mogło nas być w tym roku na
Decydującym Momencie, ale po obejrzeniu filmików i przeczytaniu komentarzy
uczestników już wiemy, że było świetnie :) Utwór "Twoja Miłość Trwa"
(bo tak brzmi polski tytuł) "poruszył wiele serc" - czytamy na
facebook'owej stronie Konferencji Zdobywcy i cieszymy się bardzo. Fragment
piosenki w wykonaniu Zdobywców możecie obejrzeć tutaj.
Zdobywcy grali również "Lawinę łaski" w naszym tłumaczeniu.
Dziękujemy im za współpracę i życzymy wspaniałych przeżyć na Starcie! :)
'A GLIMPSE' OF HILLSONG COLLEGE
wtorek, 17 lipca 2012
godzina 23:40:00
godzina 23:40:00
Wiele osób pyta mnie o szkołę Hillsong – co tam się robi,
jak wyglądają zajęcia, czego ja się tam nauczyłam. Spróbuję chociaż częściowo odpowiedzieć
na te pytania, ale że trudno wszystko właściwie OPISAĆ słowami, postanowiłam POKAZAĆ
Wam tutaj część tego, co się robi... :)
Zacznę od ostatniego pytania. Myślę, że nauczyłam się trochę
inaczej myśleć. "Rozszerzył" mnie ten ostatni rok. Zderzyłam się z
innością w wielu odmianach i musiałam sobie z tym poradzić. Nie opisuję tu,
czego się nauczyłam w samej szkole, bo myślę, że właśnie zmiana myślenia to
najcenniejsza nauka całego pobytu w Australii.
Co tam się robi? Między innymi sporo się słucha i notuje, dyskutuje
i omawia, robi się zadania domowe, "wolontariuszuje" się i uczestniczy w życiu kościoła.
Zajęcia są różne – od wykładów po warsztaty. Tutaj właśnie
chciałam trochę więcej o warsztatach powiedzieć. Otóż ludzie z "worshipu"
byli podzieleni w taki sposób, że każda klasa stanowiła zespół (Mela i ja po
przesłuchaniach trafiłyśmy do tej samej klasy). W naszej grupie było aż 18
wokalistów! W każdy poniedziałek od 6 do 9 wieczorem mieliśmy warsztaty
muzyczne. W pierwszym semestrze warsztaty polegały na przygotowaniu występu –
każdy wokalista dostał z góry przydzieloną piosenkę do zaśpiewania jako wokal
główny i jedną lub dwie jako wokal pomocniczy. A zespół musiał nauczyć się grać
wszystkie osiemnaście utworów :) W drugim semestrze za to mieliśmy warsztaty z
pisania piosenek. Jednym z naszych zadań było współ-napisanie piosenki
uwielbieniowej. Zostaliśmy odgórnie podzieleni w pary. Mi trafiła się współpraca z kolegą z Nowej
Zelandii o imieniu Tama, który, jak się okazało, jest w 1/8 Polakiem ;)
To było ciekawe doświadczenie. Zanim cokolwiek napisaliśmy,
ustaliliśmy, o czym ma być piosenka. Zgodziliśmy się, żeby ukazać te dwie
strony Bożej natury – z jednej strony wszechmoc, świętość i mądrość, a z
drugiej miłość, łagodność, bliskość. Na początku za bardzo nam nie szło, więc
robiliśmy sobie wprawki – pisaliśmy osobno cztery wersy o byle czym (pamiętam
jeden wierszyk o bucie i jeden o pianinie), potem wymienialiśmy się karteczkami
i musieliśmy na poczekaniu wymyślić do tego melodię. Fajna zabawa, sporo
śmiechu było, ale nie bardzo nam to pomogło w pisaniu piosenki zaliczeniowej ;)
Długa była droga od pierwszej koncepcji do ostatecznej wersji. Tak teraz
policzyłam, że mam folder z 17 plikami tekstowymi dotyczącymi słów tej piosenki.
Bo ostatecznie podzieliliśmy się zadaniami – ja miałam napisać tekst, Tama
melodię. Spotkaliśmy się ze potem ze wstępnymi wersjami i razem już dopracowaliśmy
całość.
W zadaniu liczył się przede wszystkim tekst i melodia. Trzeba
było nagrać piosenkę z akompaniamentem przynajmniej pianina albo gitary, ale aranżacja
i jakość nagrania nie były brane pod uwagę, bo też mało kto miał szansę zrobić
to profesjonalnie. My najpierw nagraliśmy pianino (w kościele w kilku miejscach
są pianina, których można używać, jeśli się nikomu nie przeszkadza). Tama grał,
obok stał laptop, na który to się nagrywało, a ja pilnowałam, żeby nikt tamtędy
przez tę chwilę nie przechodził ;) Potem trochę w szkole i trochę w domu dogrywaliśmy
wokale. Bez mikrofonów, prosto na laptopa. Już prawie kończyliśmy, kiedy nagle,
bez ostrzeżenia, wyłączył się nam komputer... Ostatnia zapisana wersja była
sprzed paru godzin, więc mieliśmy dużo pracy do nadrobienia. Tak, tak, takie momenty
sprawdzają ludzką cierpliwość. Byliśmy już mocno zmęczeni pracą, ale jeszcze
tego samego dnia udało nam się skończyć nagrywanie.
No, więc skoro już znacie historię tej piosenki, to tu i
teraz możecie jej posłuchać – w tej niedoskonałej wersji, z moim niedoskonałym
akcentem :) Tak wyglądała część pracy zaliczeniowej z warsztatów muzycznych. I to
jest ta praktyczna odpowiedź na pytanie, co tam się robi. A częściowo również odpowiedź
na pytanie, czego się nauczyłam, bo pewnie wiecie, że w Emensis to Mela pisze
teksty, ja je co najwyżej poprawiam ;) Swojej piosenki nie napisałam (albo może
inaczej: nie dokończyłam) chyba żadnej. Dlatego to, co Wam przedstawiam, to w
pewnym sensie krok naprzód – pierwsza skończona piosenka, chociaż współpisana.
No dobrze, zostawiam Was już z nagraniem. Dodałam słowa, żeby łatwiej było
zrozumieć, o czym śpiewamy (bo jeśli nawet zna się angielski, jakość nagrania
skutecznie utrudnia zrozumienie). Enjoy!
Zmiana stanu :)
poniedziałek, 9 lipca 2012
godzina 15:19:00
godzina 15:19:00
"Jak ten czas szybko leci!" - mawia regularnie i z niegasnącym zadziwieniem Kasia Stasia, moja przyjaciółka. Większość razy komentowałam jej słowa jedynie uśmiechem, ale dzisiaj przytakuję ze zrozumieniem, bo sama ledwo nadążam za biegiem wydarzeń!
Ten czas naprawdę szybko leci. :)
Jeszcze niedawno wylatywałam do Australii, minęło kilka miesięcy od tamtego dnia, wydarzyło się wiele rzeczy po drodze, których opisać w jednym poście się nie da, ale przyszedł też dzień bardzo szczególny, o którym chcę napisać właśnie teraz :) 1. września, w pięknych okolicach nocnego Darling Harbour zaręczyłam się z moim najlepszym przyjacielem i mężczyzną mojego życia :) Wieczór był więc niezwykły, ale niezwykły był też cały dzień - piękny i słoneczny, do tego pełen przygód. Michał zaplanował całą wycieczkę, na której poznałam miejsca w Sydney, jakich wcześniej nie widziałam. Pływaliśmy po zatoce, byliśmy w ogrodach botanicznych, pod Operą, słynnym mostem, pojechaliśmy na plażę Bondi, gdzie oglądaliśmy zachód słońca... Do tego usłyszałam napisaną przez niego specjalnie dla mnie piosenkę. Nie zagrał mi jej na żywo, ale wziął ze sobą nagranie. Jak się okazało już nocną porą, kiedy weszliśmy na małe wzniesienie i miasto już świeciło przekolorowo swoimi neonami, reklamami i oknami, których blask odbijał się w spokojnej wodzie Darling Harbour, piosenka była nagrana w dwóch wersjach. Wersja druga zawierała dodatkową część, która była "tym" pytaniem... Zanim zdążyłam przesłuchać ją do końca, miałam już przed sobą klęczącego mężczyznę z pierścionkiem w dłoni... :) Odpowiedź była dla mnie oczywista, więc bez wahania odpowiedziałam "tak"! Zostaliśmy tam jeszcze chwilkę tańcząc objęci w tętniącej radością ciszy. Czyż to nie piękne? :) Pisząc to, czuję się, jakbym wymyśliła jakiegoś harlekina, ale fajne jest to, że to wszystko przydarzyło się naprawdę i to na dodatek mnie. :)
Od tamtego momentu czas zleciał bardzo szybko. Znowu. Bo po czterech miesiącach od powrotu z Australii do Polski, odbył się... ślub! :) Na zorganizowanie go mieliśmy jakieś 3 miesiące. Dzięki miejscu w jakim mam dom rodzinny, dzięki pomocy rodziny, przyjaciół i po dniach spędzonych przeze mnie na szukaniu inspiracji i spisywaniu pomysłów co jak ma wyglądać - wszystko wyszło pięknie! 9 czerwca zostałam Melanią Król, żoną Michała Króla :)
Nawiązując do wątku Emensis w całej tej historii - jesteśmy nadal zespołem dwóch sióstr, ale już o dwóch różnych nazwiskach... Niektórzy pytają nas, czy z tej okazji zmienimy nazwę zespołu na "Emkensis", ale uspakajamy wszystkich zaciekawionych - zostajemy przy naszej pierwszej wersji! :)
Wrzucam jeszcze pod spodem kilka kilka fotograficznych wspomnień. Bo dzisiaj mija dokładnie miesięczna rocznica od mojego ślubu.
...jak ten czas szybko leci!
AHOJ!
środa, 27 czerwca 2012
godzina 21:36:00
godzina 21:36:00
Kilka newsów na dziś: od teraz udostępniamy przez bloga emensisowe materiały - nasze bonusowe utwory i tłumaczenia znanych worshipowych piosenek. Tłumaczenia te były wcześniej dostepne na fejsbuku, ale teraz będą tu, i tu też będziemy Was informować o wszelkich uaktualnieniach. I właśnie teraz o takim oto uaktualnieniu uprzejmie informujemy: na prośbę pewnej Pani przetłumaczyłyśmy ostatnio piosenkę "Desert Song" - możecie ją znaleźć, klikając link znajdujący się poniżej tego posta. Otóż od dawna zabierałyśmy się za ten właśnie utwór, ale oryginał napisany jest tak genialnie (ach, Brooke...), że trudno było wersji polskiej nie zepsuć jakimś archaizmem, akcentem nie takim, zbędną sylabą czy rymem częstochowskim. Postanowiłyśmy więc dać sobie na jakiś czas spokój i po cichutku, po malutku, tłumaczyć inne piosenki, zbierając doświadczenie i hartując się przed ostatecznym starciem z tym teksem. Dzięki temu, kiedy doszła do nas wcześniej wspomniana prośba, czułyśmy się gotowe podjąć wyzwanie.
Już niebawem nasze tłumaczenia powinny być dostępne na oficjalnym hillsongowym portalu z tłumaczeniami. Mamy nadzieję, że dzięki temu przyczynimy sie do ujednolicenia i standaryzacji tekstów śpiewanych w kościołach.
Tworzenie wiernych, poprawnych i zrozumiałych tłumaczeń traktujemy jak część naszej misji, dlatego jesteśmy otwarte na Wasze propozycje kolejnych tłumaczeń. Jakie piosenki chcielibyście śpiewać w Waszych kościołach?
KLIKNIJ TU:
Etykiety:
Hillsong,
Tłumaczenia
Australia, Australia... (cz.2)
środa, 8 lutego 2012
godzina 21:26:00
godzina 21:26:00
Etykiety:
Melania
Hillsong, Hillsong...
wtorek, 20 grudnia 2011
godzina 20:54:00
godzina 20:54:00
Wspaniała przygoda. Być tam, być nie tylko obserwatorem ale i częścią zespołu w kościele. Widzieć jak powstaje to, co miałam do tej pory okazję podziwiać tylko przez internet na zdjęciach czy wideo. Słyszeć i tworzyć dźwięki jakie wcześniej znałam tylko ze sprowadzanych płyt. Doświadczać na co dzień tętniącego życiem kościoła, który jest nowoczesny, bardzo otwarty, świetnie zadbany i artystycznie "dopieszczony". Czułam się czasem przytłoczona jego wielkością i ogromem pracy do wykonania, którą nie zawsze ktoś był w stanie ogarnąć, ale na pewno wiele można się tam nauczyć - jeśli nie bezpośrednio od nich, to pośrednio, patrząc i wnioskując "jak nie robić". :) Zapisałam tutaj kilka rzeczy, które w danym czasie wydały mi się interesujące i które byłam w stanie zaobserwować. Enjoy :)
RANDOMOWE FAKTY O KOŚCIELE HILLSONG
1. Nabo trwa zawsze 1,5h. Wszystko wg zegarka.
2. Worship trwa góra 20min, zazwyczaj 4 piosenki.
3. Budynek kościoła jest zarazem szkołą, bo dzięki przesuwnym ścianom powstają sale lekcyjne.
4. Scena każdego tyogdnia wygląda inaczej: inne rozłożenie sprzętu, inni muzycy i wokaliści.
5. Pod koniec każdego spotkania, czy to niedzielnego, czy kobiecego, czy dla młodzieży - zawsze jest modlitwa o oddanie życia Bogu. I na każdym spotkaniu są osoby, które się na nią decydują po raz pierwszy.
6. Na scenie jest zazwyczaj 5 wokalistów. Na środku stoi prowadzący wokalista, a z każdego boku stoi jedna dziewczyna, jeden chłopak. Wszyscy śpiewają na głosy. Melodia: prowadzący, a dziewczyna z prawej + chłopak z lewej śpiewają harmonię niżej (ze sobą w oktawie), a druga dziewczyna z chłopakiem wyższe partie. Za nimi stoi chór studentów.
7. Kiedy zespół schodzi ze sceny (która jest czarna), gitarzyści przykrywają swoje efekty leżące na podłodze czarnymi materiałami.
8. Osoba, która prowadzi wokalnie nie jest osobą prowadzącą zespół. Zespół jest prowadzony zazwyczaj przez klawiszowca lub gitarzystę, który ma swój mikrofon, do którego mówi polecenia i słyszy go tylko zespół, który ma założone odsłuchy douszne.
9. Regularnie dział mediów nagrywa historię z życia któregoś ze "zwykłych" członków kościoła i wyświetla w formie krótkiego reportażu na nabo - ku zachęceniu i poznaniu się nawzajem.
10. W budynku kościoła jest ok 8 otwartych miejsc, w których stoi pianino i można z nich swobodnie korzystać.
11. Przed i po nabo, w kościele leci muzyka. Najczęściej są to piosenki, których się dobrze słucha, czyli często hity radiowe. Także pomiędzy Brooke Fraser a Toby'm Mac'iem leci np. równie dobrze "We are the champions" Mercurego, "Fireflies" Owl City, jakaś piosenka Beyonce, "Fireworks" Katy Perry i inne...
12. Na każdym spotkaniu służba "events" liczy i zapisuje liczbę przybyłych ludzi :)
13. Jest też służba "host", która wita ludzi przy wejściu i pokazuje wolne miejsca, w których można usiąść. Hości mają krótkofalówki i słuchawki, żeby lepiej się porozumiewać gdzie są jeszcze wolne miejsca. Przy odrobinie spóźnialskości i szczęścia można trafić do pierwszych rzędów czasem zaraz pod sceną, bo zasada jest taka, żeby zapełnić na spotkaniach pierwsze rzędy bez żadnych pustych krzeseł, bo one są "łapane" kamerami podczas filmowania kazań (a filmowane jest każde).
Australia, Australia.... (cz.1)
poniedziałek, 10 października 2011
godzina 20:43:00
godzina 20:43:00
"Szok kulturowy" może być naprawdę "szokiem". Zawsze myślałam, że to wyrażenie jest przesadzone, że różnice kulturowe są bardzo ciekawe i ubogacające, ale nie szokujące! A tymczasem, na własnej skórze przekonałam się, że to, co dla mnie jest normalne, dla innych może być kosmicznie absurdalne i na odwrót. Zwłaszcza że Polska bardzo różni się od Australii. Czasem na naszą korzyść, czasem odwrotnie (na przykład mocno rzuciło mi się w oczy to, jak bardzo pozytywnym, życzliwie nastawionym i uśmiechniętym narodem są Australijczycy w porównaniu do Polaków - przy nich jesteśmy wrogimi sobie gburami z depresją...;). Ogrom różnic i wpadnięcie do wielkiego kotła australijskiej mieszanki narodowościowej sprawiał, że czułam się, jakby Niemcy czy Rosjanie byli moimi bliskimi braćmi, bo mieliśmy ze sobą dużo więcej wspólnego niż z Australijczykami. Ci ostatni z kolei świetnie wpasowują się w kulturowy świat Amerykanów - przynajmniej z mojego, europejskiego punktu widzenia patrząc. Prawie każdego dnia odkrywałam coś nowego. Większość rzeczy to jakieś drobnostki, które szybko ulatują z pamięci, niektóre zapadają w niej głęboko. To, co udało mi się zapamiętać na bieżąco starałam się spisywać i tak oto powstały "Randomowe fakty o Australii". Miłego czytania :)
RANDOMOWE FAKTY O AUSTRALII
1. Australijska zima potrafi być naprawdę zimna. W dzień jest ok 20 stopni, ale nocą bywa tak lodowato, że aż bardzo (:D).
2. Australijskie lato jest przegorące. Noce bywają 30-kilku stopniowe.
3. Australijczycy nie używają kaloryferów i nie mają ocieplanych domów, toteż ile na dworze - tyle w domu.
4. Przez Australijskie okno nie można wyjrzeć. Nie można go też za bardzo umyć. Bo nawet jak się je otworzy (czyli przesunie w bok jeden szklany moduł), to pozostaje nieruchoma moskitiera. W każdym domu drzwi i okna mają moskitiery.
5. Wspomniane okna i drzwi Australijskie są, łagodnie mówiąc, nieszczelne. Dobrze jest, jak trzymają się framugi. Sukces.
6. Australijskie koncepcje na rzeczy użytkowe są kompletnie niepraktyczne. Wszystkie klamki drzwiowe są okrągłymi gałkami, które trzeba chwycić i przekręcić, żeby gdzieś wejść (idocznie Australijczycy nie wchodzą do pokojów z kubkami w rękach). O włącznikach lampek biurkowych nie wspominając (trzeba od góry, nad żarówką przepchnąć plastikowy podłużny kawałek w lewo lub w prawo przez oprawę żarówki).
7. W większości domów na wszytkich podłogach oprócz kuchni i łazienki są dywany.
8. Australijczycy mają system "centralnego odkurzacza", który wygląda tak, że w garażu jest "ssasz", a po całym domu rozsiane są "dziury" w ścianach, do których wkłada się tylko długaśną rurę i automatycznie zaczyna działać.
9. Australijczycy prawie nie miewają chodników. Prawie nikt nie chodzi piechotą, bo wszyscy mają auta.
10. Australijskie domy wyglądają tak samo. Mają tak samo wykańczane kuchnie, schody, łazienki i są tak samo rozrzutnie rozplanowane. Właściwie można powiedzieć, że Australijczycy umieją marnować przestrzeń.
11. Mocniejsze uderzenie łokciem lub kolanem przez sen w ścianę może spowodować natychmiastowe przedostanie się do pokoju obok poprzez powstały ubytek w imitującej ścianę płycie.
12. Dla nawet przeciętnego Australijczyka wszystko jest tanie. Ubrania, jedzenie i podróże po świecie.
13. Australijczycy uwielbiają kawkę. Toteż fortunę zbijają tutaj takie firmy jak Gloria Jeans i Michelle's Pattiserie.
14. Australijskie banknoty są bardzo ładne, kolorowe i ... trwałe. Bo wyglądają jak z papieru, ale tak naprawdę są z plastiku.
15. Australijskim odpowiednikiem naszych gołębii są dziobiące trawniki lub zalegające na słupach i lampach szaro-różowe papugi. :)
16. "Lewa strona" obowiązuje też na chodnikach, toteż polski odruch (bardzo trudny do oduczenia!) z mijaniem się po prawej kończy się "zderzeniem czołowym" :)
17. Większość młodych mężczyzn ma długie włosy i zdecydowana większość ich nie myje.
18. Australijczycy lubią skróty, dlatego ich "breakfast" to "breaky", "barbecue" = "barbie", "vegetables" = "vegies", "bisquits" = "bickies" itp... :)
19. W sklepach popularne są przeceny nawet do 90%, jeśli jakiemuś produktowi kończy się termin ważności (dzięki nim studenci piją czasem nawet soki owocowe! :))
20. Mówi się, że jak Australijczyk Cię lubi, to się z Ciebie nabija i Ci dokucza, a jak Cię nie lubi, to też się nabija i dokucza. Samemu się wybiera prawdziwą opcję :)
21. Prawie każdy ma iPhone, a komputer osobisty to MacBook.
22. Najpopularniejszą fryzurą damską jest kitko-kok na czubku głowy i opaska.
23. AUTOBUSY. Tu jest kilka newsów do wymienienia. A: Najczęściej kierowcą autobusu jest koleś w turbanie, czasem też czarny lub azjata, ale rodowici Australijczycy do tego zawodu nie kwapią się ani trochę. B: Autobusy są klimatyzowane, więc wsiadając do nich latem można się po prostu przeziębić. C: Autobus nie zatrzyma się dla Ciebie na przystanku jeśli mu nie zamachasz, że masz zamiar do niego wsiadać (jak na stopa) i tak samo nie zatrzyma się, jeśli chcesz wysiąść, a nie wciśniesz autobusowego guzika "BUS STOP". D: Autobusy w Australii muszą jeździć po tak wąskich i kameralnych drogach, że niektóre przystanki są po prostu na czyimś podjeździe samochodowym, a przejazd przez rondo odbywa się dosłownie PRZEZ rondo.
24. Sporo mebli australijczycy posiadają na... kółkach. Zwłaszcza łóżka są popularne w takim wydaniu :)
25. Z racji tego, że w Australii trzeba być bardzo ostrożnym z wieszaniem czegokolwiek na ścianach (najlepiej nie wbijać w nie gwoździ, a tym bardziej kołków, a tym bardziej "rozporowych"- to przecież byłby nonsens :D), bardzo popularny jest tzw. blue tack (taka klejąca, niebieska, nie zostawiająca śladów plastelinka).
25. Australijczycy nie mają swojej "krajowej kuchni". Toteż fastfoody i restauracje są totalną mieszanką - jest na każdym rogu sushi, hinduskie żarcie, japońskie żarcie, chińskie żarcie, śródziemnomorskie żarcie, amerykańskie żarcie, wegetariańskie żarcie i jakie tylko jeszcze, zaraz obok siebie. Więc Australijczycy znają bardzo wiele różnych smaków, umieją jeść równie dobrze pałeczkami jak i widelcem i nożem. Jedyne, co można powiedzieć, że jest "ich narodowym przysmakiem" to obrzydliwe, niesmaczne i w przeróżnych dziwacznych smakach płynne kiełbasy pakowane jak parówki w plastikowe skrórki.
26. Modne, szeroko akceptowane, popularne bez względu ich wielkość, kształt, przesłanie, bez względu na wiek czy płeć posiadacza są... tatuaże.
27. Australijczycy przy budowie domu nie przejmują się za bardzo ukształtowaniem terenu. Jak jest górka, to jej się nie wyrównuje, tylko robi stromy podjazd (no tak, ale oni mogą, przecież to nigdy nie "zalodzieje"...).
28. Budowa domu to jednak rzadkość w Australii. Z moich obserwacji wynika, że zdecydowana większość ludzi po prostu wynajmuje domy.
29. Jak już wspominałam, Australijczycy nie przejmują się dizajnem swoich mebli. Podobnie jest z jakością sprzętów domowych - większość pralek to takie nasze "franie", nie rzadko też wynajmowane od bardzo popularnych tutaj "agencji sprzętu domowego", które rozwożą klientom na telefon kuchenki, mikrofalówki, lodówki i pralki pod wynajem.
30. Z serii: "Święta Bożego Narodzenia". W AU NIE obchodzi się WIGILII. Pierwszym dniem świętowania jest... pierwszy dzień świąt.
31. Nasz świąteczny KARPIK natomiast, jest tutaj rybą uznaną za "chwasta" i nikt go nie je, jest hodowany tylko po to, żeby zrobić z niego potem paszę.
32. Australijczycy mają taki mały kompleks z powodu ich nietypowych, nieośnieżonych Świąt. Toteż popularnym zjawiskiem jest świętowanie przez nich "Christmas in July", który jest czasem Australijskiej zimy. Może śniegu nie ma, ale nie jest to środek lata (jak 25. grudnia).
33. Dowiedziałam się też niedawno, że w Australii pary homoseksualne nie mogą zawierać związków małżeńskich, ale adoptować dzieci jako PARY - TAK.
34. Australijskie ptaki nie śpiewają. Australijskie ptaki się drą, hałasują, brzmią jak wściekłe małpy albo płaczące dzieci. No dobrze, są wyjątki... ale do polskich słowików - bardzo im daleko.
35. Australijczycy są tak przyzwyczajeni do "Hi, how are you?", że na samo "Hi!" odpowiadają "Good, thanks!" (true story - w pracy zdarzało mi się to prawie codziennie;).
Fotociekawostka 1: "Minimalistyczna" poręcz w naszym domu, wtopiona w regipsową ścianę :)
Fotociekawostka 2: Podjazd sąsiada dostosował się do ukształtowania terenu, nie odwrotnie! (a pod jakim kątem nachylenia stoi kosz...?)
Fotociekawostka 3: Nasz codzienny sąsiad BlueTongue w swoim ulubionym miejscu - "zacisznym" AC
Emensisy z Niderlandów
sobota, 6 listopada 2010
godzina 22:43:00
godzina 22:43:00
No i wstyd. Ostatni nasz wpis na blogu jest zatytułowany: "To już prawie koniec lipca". A potem nastała długa, pełna wyczekiwania (prawda, prawda?) cisza... To wszystko przez to, że tyle się dzieje! Po "prawie końcu lipca" jakoś tak nagle, niespodziewanie nastał sierpień. A w tym sierpniu działo się z pewnością wiele i nawet więcej, tylko już nie pamiętam za bardzo co, bo to było zaraz przed wrześniem, w którym działo się jeszcze więcej i musiałam zwolnić miejsce w pamięci po to, żeby zapamiętać co działo się na bieżąco ;) Sierpień zakończyła Konferencja Zdobywcy w Paprotni, na której towarzyszyłyśmy zespołowi Zdobywcy. Było super (to pamiętam!:)), chociaż już wtedy przygotowywałyśmy się (głównie psychicznie) na to, że czeka nas pracowita końcówka roku. Dlaczego? Bo nadchodził czas płacenia za marzenia! A właściwie marzenie. Jedno duże. Wylot do Australii. Emenemsy postanowiły od września wyjechać gdzieś do pracy, żeby do grudnia ładować swoje konta takim czymś, co ostatecznie zamieni się w $. Te australijskie $.
I tak oto od połowy września siedzą (a właściwie większość dnia to stoją) w Holandii i pracują. Czy ciężko? Taaak, ciężko... Czy wygodnie? Nieee, nie wygodnie. Czy zarabiają wystarczająco dużo? Nie, nie wystarczająco. Czy wierzą w cuda? Taaaak, wierzą.
W międzyczasie zakupiły były już bilety do Sydney (z 13-godzinną przesiadką w Szanghaju), zapłaciły za szkołę (Hillsong International Leadership College, BABY!), która je z wdzięcznością i otwartymi ramionami przyjęła, a to z kolei pozwoliło im aplikować już o wizę do Australii. Nawet już zrobiły badania lekarskie potrzebne do wizy. Obie grzecznie prześwietliły się holenderskim rentgenem i dały się zważyć, zmierzyć i osłuchać holenderskiemu lekarzowi ogólnemu. Więc sprawy idą tutaj na przód ("tutaj" - czyli konkretnie w Holandii, skąd ten post jest właśnie pisany, a jeszcze konkretniej z miasta Arnhem, a jeszcze konkretniej z domku szeregowego przy ulicy Bollhofstraat, a właściwie to pokoju w tym domku, a jeszcze dokładniej to z pokoju na piętrze, na przeciwko schodów).
Czy Emensisom uda się spełnić swoje marzenie? Czy znajdą lepiej płatną pracę? Czy będą mogły wrócić do domu na Święta? Tego wszystkiego, Drodzy Czytelnicy, dowiecie się już w następnym poście! ;) Albo może i następnym po następnym. Jeśli uda nam się napisać ten następny przed następnym.
Etykiety:
Melania
To już prawie koniec lipca! :)
środa, 21 lipca 2010
godzina 16:50:00
godzina 16:50:00
Wakacje pożerają nas swoimi gorącymi i szybkimi dniami! Tyle się dzieje, że trudno to ogarnąć :) Od czego by zacząć... Przede wszystkim: Bóg jest dobry. Tak. Odkrywamy to każdego nowego dnia. Jesteśmy szczęśliwe, że możemy robić to, co lubimy: śpiewać, śmiać się i jeść, spotykać wspaniałych ludzi, być z rodziną, cieszyć się latem, planować i realizować powoli to, o czym marzymy (Australia...). Do tego wszystkiego jakoś w międzyczasie udało nam się obu skończyć studia, i to skończyć bardzo dobrze - dosłownie :) Dzięki Bogu!
W jakim punkcie na osi czasu teraz jesteśmy?
Za nami:
1. Zlot "Decydujący Moment" w Iławie, na którym wspierałyśmy wokalnie Zdobywców. Mogłyśmy także zaśpiewać jedną z naszych piosenek ("Ty przenikasz mnie") i spotkała się ona z bardzo ciepłym przyjęciem, co nas bardzo, bardzo cieszy :) Mimo że pierwszy raz byłyśmy na zlocie i nie do końca wiedziałyśmy, czego się mamy spodziewać, bardzo nam się cała impreza podobała. Zaproszeni goście mówili świetne kazania w bardzo przystępny i jasny sposób, a czas uwielbienia był naprawdę niezwykły i niezapomniany :)
2. Za nami także koncert z okazji Dni Bytowa. Zostaliśmy odebrani bardzo pozytywnie, a nasza muzyka mogła przez 40 minut ogarniać echem cały Bytów :) Muzycznie i "energicznie" był to najlepszy z naszych trzech koncertów Bytowskich - i nie jest to opinia tylko nasza, ale większości, więc coś w tym musi być! :)
Przed nami:
Zbliża się wielkimi krokami kolejna impreza, na której będziemy towarzyszyć Zdobywcom - START w Garczynie. Jesteśmy podekscytowane i czekamy z niecierpliwością na ten czas :) W najbliższy weekend mamy też dwa emensisowe koncerty - w sobotę w Łękini, a w niedzielę w Lęborku. Będzie się działo :) Jest intensywnie i pracowicie, ale nie tak bardzo męcząco, jak satysfakcjonująco :)
Do zobaczenio/usłyszenia każdemu, kto to czyta :)
Pozdrawiamy Was gorąco! Albo nie: chłodząco. Z okazji takiego, a nie innego lata :)
Recenzja koncertu w 4 Stronach Świata
wtorek, 8 czerwca 2010
godzina 22:35:00
godzina 22:35:00
Jak pisałyśmy w poprzednim poście - ekipa Radia SAR napisała recenzję zeszłotygodniowego koncertu. Jesteśmy bardzo miło zbudowane ich wrażeniami, z przyjemnością cytujemy ich słowa:
"Restauracja "4 Strony Świata" znana jest nie tylko z serwowania dań z różnych regionów globu, ale także z organizowania imprez oraz koncertów – siłą rzeczy kameralnych (wymuszone jest to przez stosunkowo niewielką przestrzeń). W ostatnią sobotę lokal po raz kolejny stał się też "Sceną Promocji Młodych" – w tym wypadku zespołu Emensis z nurtu radosnego chrześcijańskiego pop-rocka. Mimo doświadczenia w organizowaniu tego typu przedsięwzięć, miejsce to w naszym przekonaniu jest mało sprzyjające dla występów artystycznych. Bądź co bądź jest to restauracja; mówiąc wprost i mało odkrywczo: tam się je. Nie wiemy jednak na ile jest to kwestia magnetyzmu i swojego rodzaju energii występującego wówczas zespołu, a na ile innych okoliczności przyrody, ale poza jednym momentem (kruszenie lodu przez barmana), nie pamiętamy, aby komukolwiek lub czemukolwiek udało się oderwać naszą uwagę od muzyki. Ale od początku. Zespół stanowią dwie młode, urocze siostry: Melania i Maja Nowotnik. Choć w wywiadach i podczas koncertów często podkreślają brak profesjonalnego muzycznego wykształcenia, jesteśmy przekonani, że nikt tego nie zauważa. Wręcz przeciwnie, zarówno wokalne solówki, jak i duety oraz śpiew na dwa głosy, hipnotyzują nawet najbardziej wybrednych melomanów. Dziewczyny wcześniej ograniczały się raczej do śpiewania w gronie rodziny i przyjaciół, śpiewają także w kościele, ale na szczęście w końcu zdecydowały się przejść od etapu "chowamy teksty w szufladzie" do "nagrywamy płytę". I chociaż istnieje powszechne przekonanie, że o Bogu młodzi słuchać nie chcą, to zespół Emensis udowadnia coś zupełnie odwrotnego. Wynika to nie tylko z ich talentu, ale przede wszystkim ze szczerej radości i autentyczności, którymi charakteryzuje się ich muzyka. Na albumie zatytułowanym "Miejsce startu", który swoją premierę miał jesienią zeszłego roku, znaleźć można 10 utworów z przemyślanymi tekstami i przyjemną muzyką (fragmenty można przesłuchać na stronie zespołu: http://www.emensis.pl). Już od dawna brakowało nam tak niebanalnej i radosnej uczty muzycznej. Chociaż można by się odrobinę przyczepić do aranżacji utworów na płycie (trochę brakuje tej szalonej energii i radości, które prezentują dziewczyny na żywo), to debiut należy zdecydowanie zaliczyć do udanych. Dowodem na to, jak szybko siostry Nowotnik dorobiły się sporego grona fanów, jest chociażby ogłoszenie ich debiutanckiego albumu płytą roku 2009 w plebiscycie internetowego Radia Chrześcijanin. Magnetyzm, charyzma, radość, miłość, nadzieja i szczerość – właśnie w ten sposób można podsumować sobotni koncert. Trudno jest nam stwierdzić jak wiele osób było wówczas w "4 Stronach Świata" z przypadku, a ile wybrało się specjalnie na ten koncert, ale na pewno nikt nie żałował swojej obecności. Na czas występu umilkły rozmowy, wszyscy obecni byli zasłuchani, a także zapatrzeni, bo dziewczynom nie można odmówić uroku osobistego.
Zespół grał w sobotę w składzie nieco innym niż na płycie. W akustycznej aranżacji piosenek dziewczynom towarzyszyli: Piotr Zając na gitarze elektrycznej oraz Filip Hydzik na gitarze elektro-akustycznej. Poza piosenkami znanymi z debiutanckiego albumu, pojawiło się również kilka nowych utworów, takich jak "All I know" czy "Follow you". Niektóre piosenki pod względem aranżacji przypominały twórczość Jasona Mraza i podobieństwo to nie jest przypadkowe, ponieważ jak sama przyznała później Melania jest to jeden z jej ulubionych wykonawców. Na zakończenie koncertu była także niespodzianka, czyli cover utworu Joan Osborne "One of us". No i oczywiście długo oklaskiwany bis w postaci utworu "What if" (który jednemu z nas najbardziej zapadł w pamięci). Bardzo pozytywnie naładował nas występ zespołu Emensis. Teraz marzy nam się kolejny album, a najlepiej także zapis koncertu. Albo kolejny koncert. A najlepiej wszystko, ale niekoniecznie naraz."
Autorami recenzji są: Ewa Lichnerowicz & Orest Hrycyna
Oryginalny artykuł można przeczytać klikając ten link.
Pozdrawiamy więc Ewę i Oresta i.... do zobaczenia i usłyszenia! :)
Koncert w 4 Stronach Świata
niedziela, 6 czerwca 2010
godzina 13:30:00
godzina 13:30:00
Wywiad w Radio Sar
piątek, 4 czerwca 2010
godzina 13:18:00
godzina 13:18:00
The Call
czwartek, 29 kwietnia 2010
godzina 21:08:00
godzina 21:08:00
Which then grew into a hope
Which then turned into a quiet thought
Which then turned into a quiet word
And then that word grew louder and louder
_______________i'Till it was a battle cry”
The Call
Najpierw spodobała mi się ta muzyka. Znalazłam zespół, którego skład, melodie, teksty, aranżacje – wszystko mi się podobało. Mogłam tego słuchać godzinami i przeżywać cały czas na nowo. Potem zrodziła się nadzieja, że kiedyś będę w jakiś sposób w tym uczestniczyć... Może koncert? Koncert był. I ja na nim byłam. I było niesamowicie. Ale to nie ugasiło pragnienia, tylko je wzmocniło. Wtedy pojawiła się nieśmiała myśl... może by TAM pojechać?... Myśl ta szybko urosła i przybrała formę cichego słowa... Od tamtego czasu to słowo rosło i rosło, aż z czasem zamieniło się w okrzyk bojowy – bo każde marzenie jest w pewnym sensie wezwaniem do walki. I teraz właśnie jestem na froncie. Dzięki Bogu nie sama.Louder and Louder
„O czym ona właściwie pisze?” – ktoś się pewnie zastanawia. Spieszę z wyjaśnieniami :) Zaczęłam słowami piosenki „The Call” Reginy Spektor, bo pasują do tego, co właśnie niezbyt jasno opisałam. A teraz nadszedł czas, by oficjalnie i bez owijania w bawełnę przyznać się, o czym właściwie mowa. Otóż... Zdecydowałyśmy z Melą postawić wszystko na jedną kartę – na to, co, jak wierzymy, jest najlepszym pomysłem na przyszły rok. Postanowiłyśmy zrobić wszystko, by w styczniu 2011 zacząć naukę w Hillsong International Leadership College w Australii. Chcemy lecieć na rok, nauczyć się, ile się da, a potem wrócić, by z nowymi siłami i zdolnościami zabrać się do pracy tu, w Polsce.
A Battle Cry
Zainspirowane muzyką Hillsong United, szukając drogi do wszechstronnego rozwoju i boskiej przygody, rzucamy się do walki o to marzenie. Z odwagą do boju stają z nami rodzina i przyjaciele. Ale tak naprawdę każdy może pomóc nam w tej bitwie. Jak? Można się modlić. Można dzielić się pomysłami. Można dawać dobre rady. Można wspierać finansowo. Będziemy wdzięczne za wszystkie oddziały bojowe :)
Chętni do walki proszeni są o zapoznanie się z zasadami współpracy:
* oddział ‘modlitewny’ – spotkania indywidualne lub grupowe z Generałem ;)
* oddział ‘pomysły i dobre rady’ – wysyłanie maili na adres emensis[maupiszon]emensis.pl
* oddział ‘wsparcie finansowe’ – przelew na moje konto oszczędnościowe stworzone specjalnie w celu zbierania funduszy na to marzenie:
21 1140 2004 0000 3302 6771 6055
No Need to Say Good Bye
Ci, których wiadomość o naszym wyjeździe smuci, mogą wziąć sobie do serca inny kawałek piosenki, od której zaczęłam.
Nie martwcie się, wrócimy. I wcale nie trzeba się żegnać, bo nasz blog będzie funkcjonował bez zmian, nawet zza oceanu :)
“You'll come back
When it's over
No need to say good bye”
Etykiety:
Maja
:)
czwartek, 15 kwietnia 2010
godzina 16:33:00
godzina 16:33:00
yeah :D
Etykiety:
Melania
Emensisowa trasa koncertowa
piątek, 12 marca 2010
godzina 17:52:00
godzina 17:52:00
Moja komisja wojskowa
wtorek, 2 marca 2010
godzina 20:04:00
godzina 20:04:00
Więc... jak by zacząć, żeby opisać co się dzisiaj wydarzyło.
1. Nie lubię wstawać przed 8.00 (ale to tam pikuś, jak trzeba to no problem)
2. Nie lubię marznąć w niedogrzanych pomieszczeniach (i nie mogąc już nic więcej na siebie założyć)
3. Nie lubię być niedoinformowana (albo dostawać lakoniczne pisma, z których nic nie wynika, po czym dowiadywać się, że jestem nieprzygotowana, a przecież "pisało wyraźnie" że mam mieć zdjęcie i zaświadczenie z uczelni)
4. Nie lubię być traktowana z góry przez kogoś kto mnie w ogóle nie zna (przez tych, co mnie znają też nie lubię z resztą! ....bo kto lubi :P)
5. Nie lubię jak się marnuje mój czas (zwłaszcza, jeśli jest ograniczony, np. przez autobus jadący do Gdańska o takiej godzinie, żebym nie opuściła żadnych zajęć)
6. Nie lubię dezorganizacji i chaosu (komisja wojskowa pod tym względem okazała się totalnie rozlazła: 4 różne miejsca, latanie po dworze od jednego podpisu po drugi, spóźnianie się lekarzy, bezsensowne przemowy jakiegoś majora o tym, co mnie kompletnie nie interesuje i kilkunastominutowe rozwodzenie się na tym, dlaczego tym razem zostawi dokumenty i ustawy do czytania spakowane w koszulkach, a nie tylko spięte zszywaczem)
7. Nie lubię żenujących seksistowskich tekstów z ust podstarzałych gapiących się natarczywie jednostek (i z żadnych innych ust z resztą też nie)
8. Nie lubię niedwuznacznych żartów "rozluźniających" atmosferę (gdzie na dodatek śmieje się tylko żartujący, zupełnie się tym nie zrażając)
9. Nie lubię być badana przez lekarza, który jest mężczyzną (chociaż na to akurat on sam niewiele mógłby poradzić, ale przecież kobietom mogli by załatwić do badań kobietę!) i który jest łagodnie mówiąc oschły (na to on sam mógbły sporo poradzić, a się nie pokwapił - więc no mercy: był beznadziejny)
10. Nie lubię narzekać, więc już skończę.
11. Jest jedna dobra rzecz w całej sprawie: ostatecznie otrzymałam kategorię "E" (dzięki zaświadczeniu lekarskiemu o całorocznej alergii, na którego odpis wpadła w przeddzień komisji moja genialna mama). Kategoria E oznacza, że nie wezmą mnie do wojska choćby się waliło i paliło. Jestem "trwale niezdolna do służby wojskowej w razie pokoju, mobilizacji i wojny".
The end.
Etykiety:
Melania
To jest jakiś kosmos! Znowu wygrałam :D
piątek, 26 lutego 2010
godzina 17:46:00
godzina 17:46:00
Tym razem konkurs PLASTYCZNY :D na PSYCHOLOGII!!! 8D Emejzing. Life is full of... paradoxes ;D
Jakiś czas temu pisałam o konkursie na "(poza)naukową twórczość psychologów". Postanowiłam wziąć w nim udział i wycięłam z moich zeszytów kilka stron różnych bazgrołków. Umieściłam je nawet na blogu (wpis "Radosna twórczość Mesi") i zrobiłam mały sondaż, jaka praca ludziom najbardziej się podoba. Najczęściej wybierane były dwie, a potem z tych dwóch wybrałam jedną i wrzuciłam do specjalnego kartonowego pudełka przy psychologicznej szatni. :)
Było mi trochę głupio, bo dowiedziałam się, że zanim pracę zgłoszę, muszę na odwrocie napisać jeszcze NA JAKICH zajęciach ona powstała. Oznaczało to tak naprawdę, że muszę napisać na jakich wykładach niemiłosiernie się nudziłam. Na szczęście mogłam się do tego przyznać bez większych konsekwencji ;) dlatego, że ów szczególny wykładowca, z tego co wiem, jest już na emeryturze - więc nie dość, że ja na pewno nie wejdę już z nim w żadne przymusowe interakcje, to on nie dowie się o tym, że ktoś na jego wykładach mógł robić coś innego niż skrzętnie notować (a taka świadomość mogłaby zagrozić jego misternie tkanemu światopoglądowi...!). Więc pracę zgłosiłam.
Nie robiłam jednak żadnej kampanii w stylu "głosujcie!!! tu jest adres www, kliknijcie i oddajcie na mnie milion głosów" (czego rezultat właściwie widać teraz - bo nagrodę zdobyłam głosami JURY, a nie publiczności). Właściwie nic z tym wtedy dalej nie zrobiłam, zostawiłam sprawę swojemu biegowi. Nawet zapomniałam o dacie ogłoszenia wyników.
I tak oto dostaję wczoraj telefon od kolegi ze studiów (pozdrawiam Michała ;)) ... (a miałam ochotę go nie odbierać, bo siedziałam chora w domu i byłam odrobinę "wybita z rytmu" ;) - ale odebrałam oczywiście).
- "Melania? Szkoda, że Cię tu nie ma, bo wygrałaś (w tle jakieś mega oklaski i wrzaski). Czy mam za Ciebie odebrać Twoją nagrodę? Przyniosę Ci ją na zajęcia w przyszłym tygodniu."
No i ten... także tego... Oczywiście pierwszą reakcją było usprawiedliwienie się z nieobecności, drugą: radość, a trzecią - CIEKAWOŚĆ, co takiego wygrałam. Kolega jednak za nic nie chciał mi wyjawić, czym jest moja nagroda.
- "Aaaa, nie nie. Nic nie powiem. Zobaczysz, jak dostaniesz."
Łe phi... :/(chyba jednak nie pozdrawiam Michała! ;) )
Jak myślicie, co to jest? <:F>
Bo ja sobie wyobrażam, że to np.
1. Może zwolnienie z pisania pracy magisterskiej podpisane przez moją panią promotor ... (ja w ogóle się dowiedziałam po fakcie, że ona w tym JURY była! Czyli prawdopodobnie głosowała na moją pracę :D Ale nie wiedziała wtedy jeszcze, że to moja... dowiedziała się już jak wygrałam... więc może jeśli nawet oficjalną nagrodą NIE jest jednak zwolnienie z pisania pracy mgr, to uda mi się to załatwić kameralnie, na jej konsultacjach??! :D : D).
1. Może zwolnienie z pisania pracy magisterskiej podpisane przez moją panią promotor ... (ja w ogóle się dowiedziałam po fakcie, że ona w tym JURY była! Czyli prawdopodobnie głosowała na moją pracę :D Ale nie wiedziała wtedy jeszcze, że to moja... dowiedziała się już jak wygrałam... więc może jeśli nawet oficjalną nagrodą NIE jest jednak zwolnienie z pisania pracy mgr, to uda mi się to załatwić kameralnie, na jej konsultacjach??! :D : D).
2. Albo może to jest np. kilkuosobowy bilet do ciepłych krajów, albo... jednego takiego kraju. Ciepłego całkiem. Byłoby fajnie, och fantastycznie by było...! (:
Ale... to pewnie będzie breloczek, albo długopis z napisem UG. ;D
Jakkolwiek - i tak się cieszę. Oczywiście. Bardzo bardzo. To takie milusie.
Etykiety:
Melania
Subskrybuj:
Posty (Atom)












