Do repertuaru piosenek tłumaczonych przez nas dodałyśmy
niedawno "One Thing Remains" w wersji Bethel Church. Oryginału
możecie posłuchać, jak klikniecie tu, a tekst
polski znajdziecie w naszym dziale tłumaczeń. Tą piosenką zajęłyśmy się
na prośbę zespołu Zdobywcy, który chciał ją grać na tegorocznych konferencjach
Duszpasterstwa Młodzieży. Szkoda, że nie mogło nas być w tym roku na
Decydującym Momencie, ale po obejrzeniu filmików i przeczytaniu komentarzy
uczestników już wiemy, że było świetnie :) Utwór "Twoja Miłość Trwa"
(bo tak brzmi polski tytuł) "poruszył wiele serc" - czytamy na
facebook'owej stronie Konferencji Zdobywcy i cieszymy się bardzo. Fragment
piosenki w wykonaniu Zdobywców możecie obejrzeć tutaj.
Zdobywcy grali również "Lawinę łaski" w naszym tłumaczeniu.
Dziękujemy im za współpracę i życzymy wspaniałych przeżyć na Starcie! :)
'A GLIMPSE' OF HILLSONG COLLEGE
wtorek, 17 lipca 2012
godzina 23:40:00
godzina 23:40:00
Wiele osób pyta mnie o szkołę Hillsong – co tam się robi,
jak wyglądają zajęcia, czego ja się tam nauczyłam. Spróbuję chociaż częściowo odpowiedzieć
na te pytania, ale że trudno wszystko właściwie OPISAĆ słowami, postanowiłam POKAZAĆ
Wam tutaj część tego, co się robi... :)
Zacznę od ostatniego pytania. Myślę, że nauczyłam się trochę
inaczej myśleć. "Rozszerzył" mnie ten ostatni rok. Zderzyłam się z
innością w wielu odmianach i musiałam sobie z tym poradzić. Nie opisuję tu,
czego się nauczyłam w samej szkole, bo myślę, że właśnie zmiana myślenia to
najcenniejsza nauka całego pobytu w Australii.
Co tam się robi? Między innymi sporo się słucha i notuje, dyskutuje
i omawia, robi się zadania domowe, "wolontariuszuje" się i uczestniczy w życiu kościoła.
Zajęcia są różne – od wykładów po warsztaty. Tutaj właśnie
chciałam trochę więcej o warsztatach powiedzieć. Otóż ludzie z "worshipu"
byli podzieleni w taki sposób, że każda klasa stanowiła zespół (Mela i ja po
przesłuchaniach trafiłyśmy do tej samej klasy). W naszej grupie było aż 18
wokalistów! W każdy poniedziałek od 6 do 9 wieczorem mieliśmy warsztaty
muzyczne. W pierwszym semestrze warsztaty polegały na przygotowaniu występu –
każdy wokalista dostał z góry przydzieloną piosenkę do zaśpiewania jako wokal
główny i jedną lub dwie jako wokal pomocniczy. A zespół musiał nauczyć się grać
wszystkie osiemnaście utworów :) W drugim semestrze za to mieliśmy warsztaty z
pisania piosenek. Jednym z naszych zadań było współ-napisanie piosenki
uwielbieniowej. Zostaliśmy odgórnie podzieleni w pary. Mi trafiła się współpraca z kolegą z Nowej
Zelandii o imieniu Tama, który, jak się okazało, jest w 1/8 Polakiem ;)
To było ciekawe doświadczenie. Zanim cokolwiek napisaliśmy,
ustaliliśmy, o czym ma być piosenka. Zgodziliśmy się, żeby ukazać te dwie
strony Bożej natury – z jednej strony wszechmoc, świętość i mądrość, a z
drugiej miłość, łagodność, bliskość. Na początku za bardzo nam nie szło, więc
robiliśmy sobie wprawki – pisaliśmy osobno cztery wersy o byle czym (pamiętam
jeden wierszyk o bucie i jeden o pianinie), potem wymienialiśmy się karteczkami
i musieliśmy na poczekaniu wymyślić do tego melodię. Fajna zabawa, sporo
śmiechu było, ale nie bardzo nam to pomogło w pisaniu piosenki zaliczeniowej ;)
Długa była droga od pierwszej koncepcji do ostatecznej wersji. Tak teraz
policzyłam, że mam folder z 17 plikami tekstowymi dotyczącymi słów tej piosenki.
Bo ostatecznie podzieliliśmy się zadaniami – ja miałam napisać tekst, Tama
melodię. Spotkaliśmy się ze potem ze wstępnymi wersjami i razem już dopracowaliśmy
całość.
W zadaniu liczył się przede wszystkim tekst i melodia. Trzeba
było nagrać piosenkę z akompaniamentem przynajmniej pianina albo gitary, ale aranżacja
i jakość nagrania nie były brane pod uwagę, bo też mało kto miał szansę zrobić
to profesjonalnie. My najpierw nagraliśmy pianino (w kościele w kilku miejscach
są pianina, których można używać, jeśli się nikomu nie przeszkadza). Tama grał,
obok stał laptop, na który to się nagrywało, a ja pilnowałam, żeby nikt tamtędy
przez tę chwilę nie przechodził ;) Potem trochę w szkole i trochę w domu dogrywaliśmy
wokale. Bez mikrofonów, prosto na laptopa. Już prawie kończyliśmy, kiedy nagle,
bez ostrzeżenia, wyłączył się nam komputer... Ostatnia zapisana wersja była
sprzed paru godzin, więc mieliśmy dużo pracy do nadrobienia. Tak, tak, takie momenty
sprawdzają ludzką cierpliwość. Byliśmy już mocno zmęczeni pracą, ale jeszcze
tego samego dnia udało nam się skończyć nagrywanie.
No, więc skoro już znacie historię tej piosenki, to tu i
teraz możecie jej posłuchać – w tej niedoskonałej wersji, z moim niedoskonałym
akcentem :) Tak wyglądała część pracy zaliczeniowej z warsztatów muzycznych. I to
jest ta praktyczna odpowiedź na pytanie, co tam się robi. A częściowo również odpowiedź
na pytanie, czego się nauczyłam, bo pewnie wiecie, że w Emensis to Mela pisze
teksty, ja je co najwyżej poprawiam ;) Swojej piosenki nie napisałam (albo może
inaczej: nie dokończyłam) chyba żadnej. Dlatego to, co Wam przedstawiam, to w
pewnym sensie krok naprzód – pierwsza skończona piosenka, chociaż współpisana.
No dobrze, zostawiam Was już z nagraniem. Dodałam słowa, żeby łatwiej było
zrozumieć, o czym śpiewamy (bo jeśli nawet zna się angielski, jakość nagrania
skutecznie utrudnia zrozumienie). Enjoy!
Zmiana stanu :)
poniedziałek, 9 lipca 2012
godzina 15:19:00
godzina 15:19:00
"Jak ten czas szybko leci!" - mawia regularnie i z niegasnącym zadziwieniem Kasia Stasia, moja przyjaciółka. Większość razy komentowałam jej słowa jedynie uśmiechem, ale dzisiaj przytakuję ze zrozumieniem, bo sama ledwo nadążam za biegiem wydarzeń!
Ten czas naprawdę szybko leci. :)
Jeszcze niedawno wylatywałam do Australii, minęło kilka miesięcy od tamtego dnia, wydarzyło się wiele rzeczy po drodze, których opisać w jednym poście się nie da, ale przyszedł też dzień bardzo szczególny, o którym chcę napisać właśnie teraz :) 1. września, w pięknych okolicach nocnego Darling Harbour zaręczyłam się z moim najlepszym przyjacielem i mężczyzną mojego życia :) Wieczór był więc niezwykły, ale niezwykły był też cały dzień - piękny i słoneczny, do tego pełen przygód. Michał zaplanował całą wycieczkę, na której poznałam miejsca w Sydney, jakich wcześniej nie widziałam. Pływaliśmy po zatoce, byliśmy w ogrodach botanicznych, pod Operą, słynnym mostem, pojechaliśmy na plażę Bondi, gdzie oglądaliśmy zachód słońca... Do tego usłyszałam napisaną przez niego specjalnie dla mnie piosenkę. Nie zagrał mi jej na żywo, ale wziął ze sobą nagranie. Jak się okazało już nocną porą, kiedy weszliśmy na małe wzniesienie i miasto już świeciło przekolorowo swoimi neonami, reklamami i oknami, których blask odbijał się w spokojnej wodzie Darling Harbour, piosenka była nagrana w dwóch wersjach. Wersja druga zawierała dodatkową część, która była "tym" pytaniem... Zanim zdążyłam przesłuchać ją do końca, miałam już przed sobą klęczącego mężczyznę z pierścionkiem w dłoni... :) Odpowiedź była dla mnie oczywista, więc bez wahania odpowiedziałam "tak"! Zostaliśmy tam jeszcze chwilkę tańcząc objęci w tętniącej radością ciszy. Czyż to nie piękne? :) Pisząc to, czuję się, jakbym wymyśliła jakiegoś harlekina, ale fajne jest to, że to wszystko przydarzyło się naprawdę i to na dodatek mnie. :)
Od tamtego momentu czas zleciał bardzo szybko. Znowu. Bo po czterech miesiącach od powrotu z Australii do Polski, odbył się... ślub! :) Na zorganizowanie go mieliśmy jakieś 3 miesiące. Dzięki miejscu w jakim mam dom rodzinny, dzięki pomocy rodziny, przyjaciół i po dniach spędzonych przeze mnie na szukaniu inspiracji i spisywaniu pomysłów co jak ma wyglądać - wszystko wyszło pięknie! 9 czerwca zostałam Melanią Król, żoną Michała Króla :)
Nawiązując do wątku Emensis w całej tej historii - jesteśmy nadal zespołem dwóch sióstr, ale już o dwóch różnych nazwiskach... Niektórzy pytają nas, czy z tej okazji zmienimy nazwę zespołu na "Emkensis", ale uspakajamy wszystkich zaciekawionych - zostajemy przy naszej pierwszej wersji! :)
Wrzucam jeszcze pod spodem kilka kilka fotograficznych wspomnień. Bo dzisiaj mija dokładnie miesięczna rocznica od mojego ślubu.
...jak ten czas szybko leci!
Subskrybuj:
Posty (Atom)